Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Antoni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Antoni. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 stycznia 2015

Podwójne życie Ireny Żychiewicz

Grzebanie w historii ma swój urok. Ja, ignorant historyczny, złapałam bakcyla poszukiwań. Początkowo była to pomoc dla Julki w zbieraniu dokumentów do konkursu. Potem coraz bardziej mnie zabawa wciągała. Historia Babci okazała się bardziej rozbudowana niż się spodziewałam. Docierałam do informacji, których się nie spodziewałam znaleźć. Ale im więcej było luk, tym bardziej mnie Babcia Irka intrygowała. Nie miałam okazji jej poznać osobiście (zmarła przed moim urodzeniem), więc takie "poznawanie" wirtualne stawało się pasją. Najbardziej intrygowało mnie pytanie, dlaczego dla historii Irena nie istnieje? Dlaczego tak trudno znaleźć o niej informacje? Są jakieś pojedyncze wzmianki, ale jako Komendantka Wojskowej Służby Kobiet 4 Rejonu (Warszawa Śródmieście Północ), a potem Komendantka WSK 15 Pułku Piechoty "Wilków" AK, mając pod sobą około 1000 kobiet, powinna mieć swoje miejsce w historii. Pewnego dnia czytając kolejną książkę "powstańczą" wpadło mi w oko nazwisko, skądś znajome: Wawroń. A do tego pseudonimy, też niby znajome, chociaż nieznajome" "Zalewska - Śliwecka". Tylko imię się zgadzało - Irena. Komendantka WSK Warszawa - Śródmieście. Google od razu znalazł Irenę Wawroń - zarówno na stronie lekarzepowstania.pl, jak i na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego. W Wikipedii i w wielu dokumentach z kolei funkcjonowała jako Irena Zychlewicz. Zastanawiałam się, skąd ta pomyłka? Może celowa? Jako żołnierz AK po wojnie byłaby prześladowana przez komunistów. W tej sytuacji mogła wieść nieco spokojniejsze życie. Bo nie całkiem spokojne. Mąż cichociemny był już wystarczająco stresującym dodatkiem. Przynajmniej ona, Irena, mogła poświęcić się wychowaniu dzieci bez strachu, że zostanie aresztowana.
 
Odpowiedź znalazłam dzięki znajomej z fb, która skierowała mnie do pani Anny Wasilewskiej z Komisji Historii Kobiet w Walce o Niepodległość Polski. Dostałam sprawozdanie jednej ze zwierzchniczek Ireny z WSK, Janiny Płoskiej. To tam w jednym miejscu wkradł się błąd i "Hawrań" została zamieniona na "Wawroń". Pozostałe dwa nazwiska - Śliwecka (zamiast Siwicka) i Zalewska (zamiast Zaleska) zostały przypuszczalnie przekręcone przy przepisywaniu. A potem nikt tego już nie sprawdzał, ani nie weryfikował. Irena Wawroń poszła w świat. I tym sposobem na stronie Muzeum Powstania jednym życiem żyje Irena Żychiewicz - Siwicka "Hawrań", a drugim Irena Wawroń - Zalewska.

wtorek, 11 listopada 2014

11 listopada 2014, garść refleksji...

11 listopada to świąteczne zakończenie pracowitego weekendu.
Julka w poczcie sztandarowym ZHP

W poszukiwaniu wspomnień rodzinnych zrobiłam krok naprzód. Swoimi wspomnieniami podzieliła się siostrzenica Ireny. Opisała m. in. historię specyficznego poczucia humoru Ireny (to chyba jakaś wada rodzinna ;)): pewnego dnia Irena wpadła na pomysł, żeby zrobić małej Ewie psikusa. Zawołała siostrzenicę do ciemnego przedpokoju, w którym postawiła na stoliku trupią czaszkę podświetloną latarką...

Nawiązaniem do Święta Niepodległości jest Albin Żychiewicz, stryj Antoniego, który był Legionistą, działaczem niepodległościowym i dziennikarzem. Zmarł w 1929 roku z powodu starych ran odniesionych w czasie walk w Legionach, o czym donosi notatka w Dzienniku Lwowskim.

Prawnuczki Ireny i Antoniego, Julia i Karolina, zaliczyły ważne harcerskie kursy, Julka kurs przybocznych, Karolina kurs zastępowych. Karolka złożyła Przyrzeczenie Harcerskie i dostała Krzyż Harcerski. We wtorek 11 listopada, w ostatnim dniu kursów, obie brały udział w myślenickich uroczystościach z okazji Święta Niepodległości.


Błażej - najmłodszy zuszek :)

Myśleniccy harcerze




czwartek, 16 października 2014

czwartek, 2 października 2014

Pożegnania...

Wczoraj pożegnaliśmy Zdzisława Rocha Wierzyckiego, kuzyna Antoniego Żychiewicza. Nie zdążyłam go poznać osobiście, jedynie z opowiadań Łucji Wierzyckiej, jego córki. Łucja jest osobą w naszej rodzinie bardzo ważną, ponieważ jako pasjonatka genealogii tropi ślady przodków systematycznie i uparcie. Dla zainteresowanych link do bloga prowadzonego od lat przez Łucję: http://lakewierzycki1.bloog.pl/  
Na jednym z rodzinnych "lwowskich" zdjęć znajduje się Antoni z kuzynami Wierzyckimi, kuzyn z prawej to właśnie Zdzisław.


Pogrzeb odbył się w Rabce, na Cmentarzu Komunalnym przy ul. Kilińskiego. Zmarły chciał wrócić po śmierci do miejsca, w którym się urodził i gdzie spoczywa jego matka. I wrócił. W deszczowy, pochmurny dzień.Kilka miesięcy przed śmiercią spisał lwowskie wspomnienia o Wierzyckich i Żychiewiczach.
Łucja zamieściła na blogu wspomnienie o swoim Tacie: http://lakewierzycki9.bloog.pl

Pogrzeb był okazją do spotkania rodzinnego. Oprócz Łucji i jej siostry przyjechał Paweł z żoną i synem Antkiem oraz my, Ingardenowie. Potem w rabczańskiej karczmie składaliśmy puzzle historii rodzinnych.

czwartek, 31 lipca 2014

Irena Siwicka - Żychiewicz w Powstaniu Warszawskim

Już jutro 70 rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. 1 sierpnia 1944 roku dla naszej Rodziny jest datą szczególnie ważną, ponieważ Irena Siwicka - Żychiewicz, Babcia autorki blogu, brała w Powstaniu aktywny udział. Niestety nie zachowało się wiele informacji o działalności Babci. Okres komunizmu w Polsce nie sprzyjał prawdziwym patriotom. Wierzę, że dotrę do nowych informacji o działalności Babci w czasie wojny. Poszukiwania trwają. Już prawie pół roku czekamy na informacje z IPN, przymierzam się do poszukiwań w archiwach zagranicznych. Ciekawe informacje o Irenie zawarł ppor Leon Gajdowski "Ostoja" w opracowaniu "Reguła czyli 4 Rejon I Obwodu AK Warszawa Śródmieście Północ w konspiracji i w walce."
A. Rudziński, L. Gajdowski, H. Rudzińska (str. 198-201): 

"W IV Rejonie, I Obwodu AK Warszawa Śródmieście Północ komendantką WSK [Wojskowej Służby Kobiet] była koleżanka "Hawrań" - Irena Siwicka-Żychiewicz. W czasie Powstania mianowana do stopnia podporucznika.
Irena Siwicka przystąpiła do konspiracji antyhitlerowskiej w czerwcu 1940 roku za radą i namową ppor "Ostoi" (Leon Gajdowski)."Ostoja" w tym czasie organizował oddział bojowy przy współudziale swoich przedwojennych kolegów i podkomendnych harcerzy: pchor. "Szary" (Stanisław Silkiewicz), pchor. "Wszebor" (Stanisław Kowalski), "Socha" (Stanisław Brzosko), pchor. "Tadeusz" (Tadeusz Usarzewski), sierż. "Święcki" (Piotr Sider) i inni. W ramach organizacji plutonu, później kompanii, występującej w batalionie "Kiliński" jako druga kompania "Szare Szeregi", Irena Siwicka, posługująca się pseudonimem "Hawrań", objęła funkcję dowódcy drużyny Wojskowej Służby Kobiet. z energią i poświęceniem przystąpiła do wykonywania powierzonych jej zadań organizacyjnych.
Podległa jej kompanijna drużyna WSK na początku 1942 roku składała się z piętnastu dziewcząt w wieku od 19 do 22 lat i podzielona była na dwie sekcje: sanitarną i łączności (łączniczki).
Dziewczęta wraz ze swoją komendantką przedstawiały ochotniczy, a więc wysoce ideowy i patriotyczny, ale pod względem techniki wojskowej całkowicie surowy element.
W kwietniu (1942) na jednej z odpraw funkcyjnych kompanii, która odbyła się w lokalu przy ul. Okopowej nr 3, "Hawrań" wystąpiła z wnioskiem o przeszkolenie jej drużyny z zakresu walk ulicznych, posługiwania się bronią i w zakresie specjalistycznym (sanitarnym), jak również o zaprzysiężenie dziewcząt.
Instruktorem wyszkolenia bojowego tej drużyny został młody, zdolny i bardzo dzielny oficer - dowódca I plutonu ppor. "Szary". Instruktorem wyszkolenia medycznego był lekarz "Łukasz" - Jerzy Zieliński (aresztowany przez gestapo 13 września 1942 roku).
Zaprzysiężenie drużyny kobiecej nastąpiło w styczniu 1942 roku w mieszkaniu pp L. Sternickich. Ich kuzynka (może córka) "Grażyna" - Zofia Sternicka była łączniczką. U niej to w mieszkaniu ppor. "Szary" przeprowadzał wykłady z wyszkolenia bojowego, do niej "Hawrań" przynosiła do nauki pojedyncze egzemplarze broni, u niej była skrzynka kontaktowa i u niej odbyło się zaprzysiężenie drużyny.
"Hawrań" dobrze zorganizowała Wojskową Służbę Kobiet w kompani "Szare Szeregi". Dowódca kompanii, w uznaniu jej zasług zgłosił wniosek o mianowanie jej na wakujące miejsce dowódcy Wojskowej Służby Kobiet w batalionie "Kiliński", dowódcą batalionu był wówczas kpt. "Nowomiejski" - Władysław Brzeziński.
Tak oto Irena Siwicka "Hawrań", po prawie trzyletniej służbie w kompanii "Szare Szeregi", w której była jedyną kobietą współzałożycielką, została komendantką oddziału WSK na szczeblu batalionu. Na tej funkcji była niedługo. Zorganizowała grupę i to dobrze ją zorganizowała, przez co dała się poznać wyższym przełożonym jako sumienny i konsekwentny organizator. Dzięki temu już w marcu 1944 roku dowódca 4 Rejonu mjr. "Zagończyk" - Stanisław Steczkowski powołał ją na szefa WSK w sztabie 4 Rejonu. Mjr. "Zagończyk" był dobrym organizatorem. Wartościowych oficerów i pracowników wyszukiwał i wcielał do swego sztabu lub powierzał im funkcje dowódców liniowych.
Na tym rozszerzonym co do zakresu obowiązków i odpowiedzialności stanowisku "Hawrań" wykazała dużo inicjatywy, zapału, poświęcenia i odwagi. Do Powstania Warszawskiego przystąpiła na czele już dobrze zorganizowanego oddziału WSK, którego członkinie, jak i ona sama nie szczędziły sił w niesieniu rozległej pomocy żołnierzom w poszczególnych kompaniach i batalionach 4 Rejonu.
Pełniąc w czasie Powstania tak bardzo odpowiedzialną funkcję była zawsze pogodna i operatywna, a dla podkomendnych przyjacielska i opanowana. W miarę narastania gruzów i zgliszczy w północnym Śródmieściu Warszawy, z niesłabnącą energią i odwagą wyręczała swego dowódcę mjr. "Zagończyka" w sprawach rozlicznych zajęć z zakresu organizowania i zabezpieczenia najbardziej istotnych warunków twardego życia żołnierzy powstańczych.
Za jej obywatelski wkład pracy, trudu i czasu w przygotowaniu oddziałów WSK w 4 Rejonie do zbrojnego wystąpienia, komendant główny, na wniosek mjr. "Zagończyka", odznaczył ją Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami, a za odwagę wykazaną w obliczu nieprzyjaciela, tak w okresie okupacji, jak również w czasie walk powstańczych, Krzyżem Walecznych, oraz awansował na stopień podporucznika.
Po zaprzestaniu walk powstańczych ppor "Hawrań" została jeńcem wojennym w oflagu na terenie III Rzeszy. Po wojnie, po powrocie do kraju, była długoletnim i aktywnym członkiem stowarzyszenia PAX.
Zmarła przedwcześnie 5 lipca 1970 roku w Pyskowicach na Śląsku." 

Antoni Żychiewicz, mąż Ireny, w Powstaniu Warszawskim udziału nie brał. Przydzielony został do Obwodu Mokotów, jednak tuż przed Powstaniem dostał się do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, gdzie przebywał do końca wojny. 


wtorek, 3 czerwca 2014

Mały Książę...

Dzień Dziecka 2014. Dostaliśmy zaproszenie od gliwickich Żychiewiczów na spektakl "Mały Książę" w Gliwickim Teatrze Muzycznym. Tytułowego bohatera gra... uwaga uwaga!... Ambroży Żychiewicz, wnuk Antoniego. Na drugim zdjęciu pierwszy z lewej. Spektakl zachwycił nie tylko dzieci, ale też dorosłych. Nawet 3-letni Błażej był zafascynowany, mimo, że jak byk jest napisane "od 6 lat". Na wszystkich duże wrażenie zrobiła gwiazdorska gra wujko-kuzyna Ambrożego :)

A po spektaklu integrowaliśmy się rodzinnie w posiadłości Pawła i Basi. Dzieciaki walczyły na miecze, kopały piłkę i grały w ping-ponga. Imiennik bohatera strony, Antek, zaprezentował talent muzyczny, grając na pianinie. A ja... zakopałam się w pamiątkach rodzinnych. Skanowałam i kopiowałam, aż się sprzęt do czerwoności rozgrzewał.

W sumie w spotkaniu brał udział syn, troje wnucząt i troje prawnucząt Antoniego Żychiewicza :)




środa, 30 kwietnia 2014

Julia Ingarden lauretką konkursu kaligraficznego :)


Kolejny sukces prawnuczki Antoniego i Ireny, Julii Ingarden. Tym razem II miejsce w Małopolskim Konkursie Kaligraficznym "O Złote Pióro". Zastanawiałam się: skąd te geny? Rodzice używają lekarskich gryzmołów, dziadkowie też jakoś nieszczególnie uzdolnieni graficznie. To może pradziadkowie? Antoni gryzmolił. Ale Irena miała wyjątkowo ładny charakter pisma. Nawet, jak pisała na kolanie, to litery były równe i dokładnie wyrysowane. Poniżej jeden z rękopisów Ireny, jedna z pierwszych wersji życiorysu z lat 50-tych. Genami "kaligrafii" nie szafowała, ale jakiś ślad w potomnych zostawiła :)




 


sobota, 8 marca 2014

Jak to z Tatrą było, czyli Pradziadkowie i samochody...

File:T77 Advertising-2.jpg
http://en.wikipedia.org/wiki/Tatra_77
Czas na anegdotę. Bohaterami będą Pradziadkowie, czyli Maria Julia i Emil Żychiewiczowie, rodzice Antoniego. Z informacji przekazywanych w rodzinie wynika, że Maria Julia była pierwszą kobietą we Lwowie, która posiadała prawo jazdy. Pradziadek Emil zakupił dla swojej żony krążownik szos w postaci granatowej Tatry. Według moich szacunków musiała być Tatra 77, czechosłowacka ekskluzywna limuzyna. To pierwszy europejski samochód z aerodynamiczną linią nadwozia. Nadwozia, które swą awangardową sylwetką przypominało... pstrąga. Uznany za wielką czeską sensację. Prace nad modelem 77 rozpoczęły się w Tatrze już od początku lat trzydziestych. Szefowie czeskiej marki zakładali, że nowy, aerodynamiczny samochód będzie raczej dobrem dla wybranych. Co więcej, już według początkowych planów, auto miało powstać w limitowanej serii. W zamyśle miał to być samochód szybki, a przy tym cichy, niezawodny, oszczędny oraz, co najważniejsze, miał zostać zbudowany według najbardziej surowych standardów konstrukcyjnych. Nadwozie mierzyło dokładnie 5,2 metra. Aerodynamiczną karoserię wieńczył potężny ogon, pod którym mieściła się prawdziwa rewolucja – ośmiocylindrowy silnik o pojemności trzech litrów i mocy 60 KM, który bez problemów rozpędzał 1700-kilogramowe auto do 150 km/h. Z jednostką napędową współpracowała czteroprzekładniowa skrzynia biegów. Auto miało trafić na najwyższą półkę luksusowych sedanów. Nie mogło być inaczej, skoro jego wnętrze zostało wyposażone według najwyższych standardów komfortu i elegancji. Premiera modelu odbyła się 5 marca 1934 roku na specjalnym pokazie dla prasy w Pradze. Samochód wzbudził ogromną sensację – motoryzacyjni eksperci nie mogli wręcz wyjść z podziwu. Trudno się dziwić, wszak T77 wyprzedzał swoich konkurentów o kilkanaście lat, był pierwszym autem o opływowej linii nadwozia w Europie i drugim na świecie (po Chryslerze Airflow Imperial). Gdy Tatra wystawiła swój pojazd podczas targów berlińskich, tłum gapiów i fotoreporterów omal nie stratował ich firmowego stoiska. Niestety, zainteresowanie to nie znalazło odzwierciedlenia w wynikach sprzedaży – w sumie model 77 znalazł zaledwie około pół tysiąca nabywców. Może przez cenę? Bo Tatra 77 w Niemczech kosztowała zawrotną sumę 10 tys. marek. Dziś T77 to prawdziwy rarytas, tym bardziej, że do naszych czasów przetrwało prawdopodobnie zaledwie kilkadziesiąt egzemplarzy tego modelu (Zasada 2005).
I takie właśnie motoryzacyjne cudo zamieszkało w garażu Żychiewiczów. Gdy pradziadek kupował Tatrę, prababcia Marysia była ze swoją mamą u wód (w Druskiennikach bodajże). Pradziadek został z synem Antonim we Lwowie. No i w dzień po zakupie Antoni zainteresowany mechaniką rozłożył silnik Tatry na części. Pradziadek ze stoickim spokojem telegramował do prababci "Antek rozkręcił auto. Nie wiem kiedy przyjedziemy". A jednak przez noc Antoni złożył silnik i pojechali.
Pradziadkowie kłócili się zawzięcie o swoje umiejętności jako kierowców. Razu pewnego prababcia pojechała na przejażdżkę i spotkała wóz. Koni na szczęście nie było, ale ze spotkania granatowa limuzyna wyszła wzbogacona o dyszel, który wszedł przed szybę przednią, a wyszedł przez tylną. Pradziadka szlag jasny trafił i chciał odebrać swojej żonie prawo jazdy. Tyle, że sam również miewał „drobne” kolizje. Jednego razu miał w trakcie wjeżdżania na prom rzeczny problem z trafieniem na rampę i... wjechał do wody. Skończyło się na... zatrudnieniu szofera.