sobota, 21 maja 2016

Warszawski weekend z Cichociemnymi


Przedstawicielki trzech pokoleń potomków Cichociemnego Żychiewicza

15 maja 2016 roku odbył się Doroczny Zjazd Cichociemnych i ich Rodzin, poprzedzony sobotnim Dniem Cichociemnych na Ursynowie. Jakby tak uczciwie policzyć, to Cichociemny był jeden, a rodzin na pewno nie tyle ile być powinno. Sale Zamku Królewskiego pękały w szwach, jednak trudno było znaleźć prawdziwych krewnych. A próbowałam. Poznałam sympatyczną panią z Australii, córkę Stanisława Skowrońskiego ps. Widelec i jedną wnuczkę (niestety nie pamiętam nazwiska), był syn rotmistrza Zabielskiego i oczywiście państwo Polończykowie w komplecie. Niestety nie udało się dojechać mieszkającej w Myślenicach córce „Kryształa”, Małgorzacie Polończyk. Kilku potencjalnych krewnych okazało się dalekimi pociotkami lub krewnymi krewnych, a wiele osób po prostu spiekło raka na pytanie „a pani / pan to rodzina?”. Oczywiście była grupa stałych bywalców, działaczy Fundacji Cichociemnych Spadochroniarzy Armii Krajowej oraz kilka znanych nam już wcześniej krewnych, jednak jakby ich / nas wszystkich policzyć, to ciągle pozostałby niedosyt. Bardzo słuszną propozycję wysunął na końcu spotkania, po samozwańczej prezentacji wnuk legendarnego majora Górskiego, który zaproponował, żeby założyć stowarzyszenie rodzin cichociemnych, bo na spotkaniu rodzin trudno nawiązać kontakty z powodu... niedoboru rodzin. Za to dostatek był kombatantów i ich opiekunów. Zainteresowane osoby mogły do woli rozmawiać o przeżyciach wojennych i powojennych i podziwiać wypięte piersi pełne orderów. Gwiazdą spotkania był ostatni żyjący Cichociemny, Gliwiczanin, pan Aleksander Tarnawski, który w krótkich wypowiedziach skromnie zaznaczył, że nic wielkiego nie zrobił i poprosił o pamięć o młodych dziewczynach i chłopakach, którzy zginęli w trakcie działań wojennych. Jedno z wystąpień "Upłaza" zamieszczam na końcu artykułu. 

Dla nas niezwykle ważnym wydarzeniem miała być prezentacja wywiadu, którego udzielił krótko przed śmiercią Antoni Żychiewicz ps. „Przerwa”, jednak dźwiękowcy organizatorów nie spisali się racząc uczestników spotkania mieszaniną trzasków i szumów. Szkoda, bo dzień wcześniej miałam przyjemność wysłuchać wspomnień Dziadka, na zmianę śmiejąc się i ocierając ukradkiem łzy. Antoni oprócz talentu do pakowania się w kłopoty miał też talent do szukania pozytywów we wszystkich, nawet najgorszych sytuacjach, oraz talent do obrazowego przedstawiania swoich przygód. O szczegółach ucieczki z obozu na Węgrzech, udziale w wojnie obronnej 1939, szczegółach szkolenia i sytuacji w okupowanej Warszawie czytelnicy bloga jeszcze usłyszą, ale usłyszeć to z ust Dziadka, z lwowskim zaśpiewem, to było niesamowite przeżycie.

Miłym przerywnikiem okolicznościowych wystąpień były dwa mini-koncerty: fortepianowy Mariusza Ciołko i dudowy szkockiego zespołu Pipes&Drums (fragment pożegnalnej pieśni na końcu artykułu).

Warto też wspomnieć o sobotnim pikniku na Ursynowie. Mimo niesprzyjającej aury ludzi przybyło mnóstwo. Było też sporo grup rekonstrukcyjnych i stoiska wojskowe. Harcerze z Brzegu zorganizowali ciekawy bieg, w którym miałyśmy przyjemność uczestniczyć. Było m.in. przeciąganie czołgu, przeprawa przez bagno, odczytywanie zakodowanych pseudonimów cichociemnych, pierwsza pomoc, rzut granatem i transport skażonej substancji. Nie udało się nam zająć miejsca na podium, ale dobra zabawa była najlepszą nagrodą :)







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza